Ustrońskie hafty i koronki

         Jednym z atutów Muzeum Ustrońskiego jest kolekcja dawnej, bogatej, ręcznie zdobionej bielizny. Prezentujemy ją na tematycznych wystawach czasowych, wplatamy w stałą ekspozycje etnograficzną, zamieszczamy artykuły w Gazecie Ustrońskiej i Kalendarzu Ustrońskim, powstał także film dokumentalny „Ocalić od zapomnienia koronkę klockową na Śląsku Cieszyńskim”. Źródeł i dokumentów potwierdzających ogromną rolę Ustronia jako poważnego ośrodka koronkarskiego, a także spuścizn miejscowych twórczyń zachowało się niewiele. O te ostatnie niezwykle trudno, gdyż małe dzieła sztuki wykonywane mozolnie przy lampie naftowej nie zostały należycie docenione przez następne pokolenia i w większości nie przetrwały próby czasu. Dlatego, aby zgłębić ten temat,  warto udać się do źródeł zastanych, a pod tym względem Ustroń bardzo wiele zawdzięcza Agnieszce i Tadeuszowi Dobrowolskim, twórcom dzieła „Strój, haft i koronka w województwie śląskim” (Kraków 1936). Wybitny naukowiec,  historyk sztuki wraz z małżonką – muzeologiem przeprowadzili w okresie międzywojennym cenne badania, dokumentując prace koronkarek i osobiście obserwując procesy powstawania zdobień do autentycznych strojów ludowych, co nam obecnie nie jest już dane. Co tak ważnego dla Ustronia wynika  z badań Dobrowolskich? 

        Otóż koronki klockowe na Śląsku Cieszyńskim i szerzej zwano zamiennie ustrońskimi, a ponadto nasza miejscowość stanowiła ognisko koronkarstwa już przed 1800 rokiem. Najpoważniejszymi ośrodkami tegoż przemysłu w okolicy (Dobrowolscy określali koronkarstwo jako przemysł) był Rożnów na Morawach, Preszów i Bańska Bystrzyca na Słowacczyźnie oraz Ustroń na Śląsku Cieszyńskim! Warto zatem podsumować: Ustroń nosi w sobie nie tylko wiekopomne tradycje przemysłowe i uzdrowiskowe. Ustroń był także poważnym ośrodkiem koronkarskim! W 1931 r. ksiądz Józef Londzin głosił w Zaraniu Śląskim: „Mężatki noszą na głowie czepiec (czepek z koronkami) ponad czołem, pod którym znajduje się zwinięty warkocz. Najsławniejsze są koronki ustrońskie z artyzmem i dumą sporządzone”. Skąd artyzm ten przywędrował na Śląsk Cieszyński i dlaczego rozsławił akurat Ustroń? Na pewno zawdzięczamy go wpływom Czech i Słowacczyzny, gdzie wyrób koronek ludowych sięgał XVII w. w związku z oddziaływaniem na hiszpańskiej mody barokowej, wprowadzającej koronkę zarówno do stroju mieszczańskiego jak i ludowego. W Czechach rozpowszechniały się ponadto wzory włoskie (weneckie) oraz niederlandzkie, które dotarły i do nas, co poświadczają zachowane zabytki. Z Czeskiego Vamberku przybyła do nas niejaka Strzelczyczka, którą wspominały ustrońskie informatorki podczas wywiadów przeprowadzanych przez Dobrowolskich w latach 30. XX w. Niewiele o niej wiadomo oprócz tego, iż uprawiała koronkarstwo już jako młoda dziewczyna, zmarła w 70. roku życia oraz uznano ją powszechnie za ustrońską prekursorkę koronkarstwa. Było to rzemiosło uboczne uprawiane w Czechach przez żony górników, a rozwinęło się głównie w Rudawach ( Górach Kruszcowych) na granicy saskiej, na pograniczu bawarskim (Szumanawa) i w Vamberku u stóp Gór Orlich na pograniczu ziemi kłockiej. Prawdopodobnie Sztrzelczyczka była żoną lub córką rudziarza lub innego specjalisty, który znalazł zatrudnienie w ustrońskim przemyśle. Nasz miejscowość ulegała także innym wpływom i inspiracjom.   Spróbujmy spojrzeć wstecz na Ustroń, który ze skromnej wioski rolniczo – pasterskiej stopniowo przeobrażał się w poważny ośrodek przemysłowy. Od dolnego Ustronia aż po Polanę rozciągało się pięć założeń metalurgicznych, dymiły kominy, płonęły ognie, tętniło życie, niepokojąco szumiała nieuregulowana Wisła oraz wartka Młynówka,  a zewsząd dochodził huk młotów w hamerniach. Uprzemysłowienie zapewniało nową jakość życia, arcyksiążęcy robotnicy oraz ich żony pragnęli żyć lepiej, co wyraźnie podkreślał w swoich opracowaniach Jan Wantuła. W połowie XIX w., kiedy to na podcieszyńskich wsiach rozpoczęła się popularyzacja rękodzieła, ustrońskie drewniane domy stopniowo zamieniano na murowane oraz starano się w miarę możliwości wyposażać ich wnętrza w skromne sprzęty użytku codziennego. Gdy zaspokojono pierwsze potrzeby funkcjonalne, przyszedł czas na elementy estetyczne, które najprościej i najtaniej było wykonać samodzielnie.

     Kolejnym czynnikiem wpływającym na zmiany w świadomości mieszkańców Ustronia byli wczasowicze, zwani też letnikorzami kómpielorzami, lufciorzami lub świeżopowietrzokami, którzy przyjeżdżali tutaj, aby brać kąpielowe żużlowe, pić żętycę oraz zdrowieć w łagodnym, górskim klimacie. Nie wszyscy mieścili się w hotelu „Kuracyjnym”, zatem wielu zakwaterowanych było w prywatnych domach, co stwarzało okazję do bliższego przyjrzenia się ich odzieży. Zadziwiali nie tylko strojami, ale także zwyczajami, odmienną mową, sposobem pożywienia i kulturą mieszkaniową. Ale jednocześnie przynosili dochód, generując akceptację i naśladownictwo. Na wielu starych fotografiach można bliżej przyjrzeć się mieszkankom Ustronia odzianym w strój cieszyński, pozującym wraz z damami ubranymi na modłę miejską. Taki widok był tu powszechny, gdyż ze względu na rozwój przemysłu Ustroń zasiedlali coraz to nowi członkowie kadry hutniczej, wyczuwający koniunkturę handlowcy, restauratorzy, przedsiębiorcy, rzemieślnicy. Ich wzorem już na najstarszych zachowanych fotografiach ustrońscy mężczyźni odziani są z miejska – w porządny ancug z westóm i zegarkiem z dewizką. Pozują oni wraz z wyżurkowanymi małżonkami ubranymi w bogate żywotki i kabotki

004

Letnikorze zadziwiali nie tylko strojami, ale także zwyczajami, odmienną mową, sposobem pożywienia i kulturą mieszkaniową.

         Niezwykła rolę w poszerzaniu wachlarza doświadczeń młodych dziewcząt z cieszyńskiego był Wiedeń, gdzie wyjeżdżały na służbę, podpatrując tradycje jak i nowe trendy w stolicy. Stamtąd przybyły do nas nie tylko hafty i koronki, ale także drobne ciasteczka bożonarodzeniowe, dziś jeden z symboli Śląska Cieszyńskiego. Ponadto popularyzatorkami wszelkich gałęzi robót ręcznych były żony pastorów, nauczycieli. Wiele ustronianek skończyło Szkołę Gospodarstwa Domowego, założoną końcem XIX w. w Cieszynie przez Siostry Boromeuszki i chętnie dzieliło się swymi umiejętnościami. Nauka rękodzieła oraz szycia odbywała się w grupach, kobiety rzadko zgłębiały tę sztukę samotnie, co poświadczają stare fotografie przedstawiające ustronianki przy maszynach czy bębenkach do koronki klockowej, prezentujące wykonaną bieliznę. Kto umiał i uczył, był niezwykle ważny dla miejscowej społeczności, a wspólna praca była przyjemną i pożyteczną formą spędzania czasu. Panowało bowiem przekonanie, iż dziewczętom nie umiejącym szyć i haftować będzie trudno sie wydać, a pierwsze niedostatki wyjdą na jaw już podczas kompletowania w trówle wyprawy ślubnej.

    Tworzenie rękodzieła było popłatnym zajęciem podczas międzywojennego bezrobocia. Koronkarek nie uważano jednak wówczas za artystki, raczej za rzemieślniczki harujące od świtu do nocy. W dużych ilościach wykonywano je nie tylko w samym Ustroniu, ale także Lipowcu, Hermanicach, Kozakowicach, Cisownicy, Lesznej, Pogwizdowie, Brennej. Dobrowolscy wspominają nawet o koronce klockowej w  Istebnej, gdzie zasięg jej zazębiał się z szydełkowymi różićkami, które ostatecznie (teraz możemy to stwierdzić z perspektywy czasu) wszelkie inne koronki w Trójwsi zdominowały. Ciekawostką w tej branży była pewna hierarchia – z mistrzyniami „klocków” współpracowały kobiety, zajmujące się wyłącznie łobrobianiym koronek, czyli wykańczaniem ich szlakiem szydełkowym i tasiemką. Koronki były w stałej sprzedaży w ustrońskich gescheftach, jak i w Cieszynie, Skoczowie, Bielsku. Dużym skupiskiem tej gałęzi wytwórczości był Strumień, zaopatrujący południowo – zachodnią część powiatu pszczyńskiego. Nie sposób pominąć, iż już w latach 30. XX w. zaczęto odczuwać poważną konkurencję ze strony koronek maszynowych, wypierających rękodzieło, aczkolwiek spuścizny ustrońskich rodów znajdujące się w zbiorach Muzeum Ustrońskiego, a pochodzące z tego okresu, są w całości robotą ręczną. 

       Początek XX w. był zmierzchem wykonywania w Ustroniu koronki klockowej na szerszą skalę – w celach zarobkowych. Ową gałąź rękodzieła kontynuowano już tylko „dla siebie”, najczęściej przygotowując wiano młoduchy, a  rolę poważnego ośrodka tego przemysłu przejął sąsiedni Goleszów, skąd koronka wywożona była jako pożądany produkt handlowy. Warsztaciki w ustrońskich domach stopniowo uległy zniszczeniu, a do naszego Muzeum trafiają jedynie pojedyncze, artystycznie toczone klocki.

3 (2)

Siostry Helena i Anna Cieślar z Zawodzia Dolnego podczas wykonywania koronki klockowej, 1929 r.

Dzięki badaniom Agnieszki i Tadeusza Dobrowolskich udało się utrwalić nazwiska i numery domów koronkarek z poszczególnych Ustronia i jego obecnych dzielnic. Zachowana została oryginalna pisownia, skrót „kor.” oznacza, iż twórczyni wykonywała tylko koronki, brak skróty wskazuje, iż parała się zarówno koronkarstwem jak i hafciarstwem. Ustroń: Bukowczanówna Helena (357) kor., Cieślarówna Helena (347) kor., Dytkowa Zuzanna (299) kor., Gawlasowa Zuzanna (128), Grajcarkowa Anna (211) kor., Holewa Anna (117) kor., Jochaca Marja (114) kor., Jurczokówna Helena i Janina (357) kor., Kłóskowa Marja (Zawodzie Górne) kor., Kłóskowa Anna (217) kor., Kohutowa Helena (355) kor., Olszówna Franciszka (245) kor., Podżorska Anna (74) kor., Polakówna Zuzanna, Prokopowa Hilda (101) kor. , Sikorzanka Helena (188) kor., Więckówna Anna (Goje) kor., Żmijówna Anna (196) kor., Żmijowa Helena (198) kor.. Ustroń – Polana: Bujokówna Anna (381) kor., Kocyanowa Ewa (406), Kurowska Elżbieta (248), Macurowa Zuzanna (79) (hafciarka). Lipowiec: Górniakówna Janina (22), Górniakówna Julja (93), Hessowa, Kostówna Julja (78), Lajkert Agnieszka, Żmijówna Anna (21). Nierodzim: Brózdowa Marja (60), Górniokówna Anna (20), Plinzianka Helena (6), Romańczykowa Stefanja (12), Sikorzanka Emilja (5). Hermanice: Cieślarowa Anna (81) kor., Foberowa Zuzanna (3) kor., Kubalowa Marja (73) kor., Mojeścikowa Ewa (74) kor.  Może dzięki temu wykazowi uda się nieco zgłębić wiedzę o ustrońskich mistrzyniach klocków i igły? W 1957 r. badania terenowe nad cieszyńskim haftem ludowym prowadziła etnograf Barbara Bazielich, specjalistka w zakresie strojów i sztuki ludowej, starając się dotrzeć również do twórczyń figurujących w wykazie Dobrowolskich, z których przeważająca większość już wówczas nie żyła. Penetracja kolejnych wsi zaowocowała wówczas interesującym materiałem w postaci eksponatów, fotografii, rycin i szkiców oraz wywiadów z twórczyniami ludowymi oraz innymi informatorami, ale…. jako jedyną czynną hafciarkę w Ustroniu odnotowano Marię Szczepańską z Hermanic (ur. w 1907 r.), która wyniosła swe umiejętności od Sióstr Boromeuszek, informacji zaś udzieliły twórczynie: Jadwiga Krysta z Lipowca (lat 64), Stefania i Matylda Romańczyk z Nierodzimia (ta pierwsza została wymieniona także w spisie Dobrowolskich) oraz 36-letnia Maria Gruszczyk z Nierodzimia. Był to okres zmierzchu koronki klockowej w Ustroniu, a za jej ostatnie wykonawczynie uznane zostały S. Romańczyk i M. Gruszczyk, innym nazwisk nie udało mi się nigdzie odnaleźć. Dziś jedyną w okolicy kontynuatorką tej tradycyjnej metody rękodzieła jest Alina Giecek z Cisownicy.

       Jaka była typowo ustrońska koronka klockowa? Wykonywano ją nią przede wszystkim dla potrzeb naczółków czepców zdobiących głowy mężatek w stroju cieszyńskim. Subtelne aplikacje klockowe okalały ponadto krańce jakli bieliźnianych oraz kaftaników i czapeczek niemowlęcych, wstawki uświetniały halki, poduszki oraz beciki. Już w XX w. przyszła pora także na serwetki. Podczas badań zanotowałam, iż w okresie międzywojennym, gdy nasze koronki trafiały na sprzedaż do większych miast, tamtejsze zamożne panie domu uważały za punkt honoru aby własnoręcznie wybrać w sklepie kilka sporządzonych przez ludowe twórczynie elementów oraz umiejętnie skomponować z batystem  czy  nieco grubszym, dobrym gatunkowo płótnem, zszywając w ten sposób na singerkach obrusy oraz inne elementy wystroju wnętrz. Takie uwagi również potwierdzają muzealne zbiory. Jednak to naczółki dawały największe pole do popisu i puszczenia wodzów fantazji. W Ustroniu dominowały duże, wyraziste motywy wkomponowane w tło misternej siatki sporządzonej z cieniutkich warkoczyków z pikotkami. Ustrońskie koronki klockowe stanowiły układy jedno-, dwu- lub trzyrzędowych motywów o charakterze rozetowym, romboidalnym lub sercowatym. Za typowo ustrońskie uważane były zygzaki lub łukowate ząbki, wieńczące spodni kraj naczółka. Częstym motywem naturalistycznym były gałązki z owocami, listki, kwiaty powstałe za pomocą łączenia listków gipiurowych bardzo charakterystyczne dla Śląska Cieszyńskiego. Wzory  koronek klockowych artystki ludowe  komponowały samodzielnie, rysując je w zeszycie, których kartki dziurkowano tak samo jak tekturowy pas na warsztaciku. Oto charakterystyka najpopularniejszych ustrońskich motywów, co poświadczają zgromadzone muzealia oraz archiwalne fotografie: motywy roślinne – kwiatki, mniejsze i większe listki, okrągłe lub czteroramienne różyczki, winogronka; motywy abstrakcyjne i geometryczne – małe i duże kostki w formie rombu, serduszka,  krosienka w formie kwadracików, oplatane dziurki, sitka przypominające kawałek muru ceglanego, karkoszki czyli promienisto rozwinięte kwadraty, grube zygzaki zwane krokwią, płócienka, wąskie ukośne drabinki, kartacz imitujący uchwyt szczotki ryżowej, muszki, punkciki, zwykłe  dziurki,  ślepe oczka w formie łuski oraz łańcuszki. Ażury wypełniało się promienistym pajączkiem albo gynsióm pompkóm (stokrotką), a także rodzajem rozetki zwanej fyrgolem, nawiązującej kształtem do rogulki. Każda koronkarka posiadała swój specjalny warsztacik, który uruchamiany był całorocznie, w zależności od ilości pilnych robót w polu, a całodobowo – zimą, gdy powstawały zapasy na sprzedaż, sporządzane przy zwodniczym świetle lampy naftowej. Jak już zostało wspomniane, koronki klockowe zwano po prostu ustrońskimi albo klebrowaniem  (Klöppelspitze). Specjalistyczny warsztacik składał się z solidnego stelaża wykonanego z dębowego drzewa – wyróżniano starsze, niskie, kształtu kołyski, wsparte na stoliku oraz spotykane w Goleszowie specjalne sztyndry posiadające długie drewniane nogi. Na stelażu spoczywał wałek zwany także bębnem (stąd  nazwa „koronka bębenkowa”). Dół sztyndra wzbogacała często szuflada zwana  podstolikiym. Dookoła bębna wypchanego trocinami lub suchą trawą (psinóm) biegł pas z grubego dziurkowanego papieru z wyrysowanym wzorem. Wykonywanie koronki klockowej rozpoczynano od wbijania w pas papieru szeregu szpilek (szpyndlików) uszeregowanych gęsto obok siebie, o które zaczepiało się nitki nawinięte na klocki. Cały warsztat posiadał od 115 do 150 ozdobnie toczonych klocków. Dawne nici koronkarskie były średnio skrętne, cieniutkie i w bardzo dobrym gatunku – lniane, jedwabne lub bawełniane. Obecnie nie sposób dostać gdziekolwiek tak naturalnych i cienkich nici, dlatego dawne kompozycje klockowe są niemożliwe do identycznego podrobienia. Technika klockowa w największych skrócie polegała na wzajemnym krzyżowaniu się nici przy pomocy przerzucania klocków, przy czym krzyżuje się najmniej cztery klocki, najwięcej zaś dwadzieścia kilka. Każde skrzyżowanie umacniano szpilką, w skutek czego cały wzór był mocno wypunktowany szpyndlikami. Sporządzenie koronki czepcowej (naczółka) wymagało zwykle od 2 do 3 dni całodziennej pracy, w zależności od skomplikowanego charakteru wzoru. Wówczas to czas poświęcony na wykonanie tego małego dzieła sztuki był w miarę adekwatny do otrzymanego zań zarobku.

       Ustrońskie twórczynie sięgały także do innych, starych technik koronkarskich. Taką były koronki grunśpicowe (z niem. Grundspitze), czyli tiulowe, wykonywane za pomocą cerowania na gotowej materii. Delikatny i wdzięczny efekt zapewniało tu wibrujące, wężykowate prowadzenie nici przez kratkę tiulu. Sporządzano tak nie tylko naczółki czepców, ale również ozdobne warstwy deczek (kapek na beciki) oraz komplety dla niemowląt do chrztu. W latach 20.  XX w. wstawkami z haftowanego tiulu zdobiono serwetki oraz zwiewne szale, komponowane z kawałkami muślinu. Rzadkie już w okresie międzywojennym były koronki siatkowe (filet), występujące na ręcznie robionej siatce wiązanej w kwadraciki, na której za pomocą tamborka cerowano przeważnie wzory roślinne, złożone nierzadko z falistej gałązki i naprzemianległych kwiatów o schodkowatym konturze. Tak powstawały misterne wstawki w kapach, poduszkach, a także aplikacje w najstarszej zachowanej bieliźnie osobistej. Podobnie tworzono koronki wyszywane igłą,  pokrywając haftem siatkę sporządzoną na klockach lub szydełku. Suchy kontur ornamentów ożywiały tu zdobienia w postaci wypukłych wałeczków, modne były zarówno jednostajne drobne wzory geometryczne, romby i rozetki, jak i duże motywy liści i gałązek. Tak powstawały imponujące firany, stylowe wstawki do kap a także nowomodne naczółki czepców, zaczęto masowo wykonywać w okresie międzywojennym, co stanowiło mniej pracochłonną alternatywę dla koronki klockowej.

       Ustrońskie hafciarki pod wpływem wiedeńskim przyswoiły sobie również haft biały, na który moda minęła jeszcze przed pierwszą wojną światową. Zdobiono nim mankiety i kołnierzyki jakli płóciennych, noszonych po domu, nogawki rosypołów  oraz innych dawnych majtek, pierwsze biustonosze przypominające krótkie koszulki, spodnice – suto marszczone halki dolne noszone pod suknią cieszyńską, koszule nocne i halki dzienne oraz najstarsze kabotki o tradycyjnym kroju przyramkowo – marszczonym z bufiastymi, ogromnym rękawami, szyte z cienkiego płótna lub batystu kupowanego w Jabłonkowie. Ustronianki  pieczołowicie przechowywały wiedeńskie pisma o modzie, czerpiąc z nich inspirację. Np. Anna Gałuszka ( z domu Latocha), nauczycielka robót ręcznych wykonująca perfekcyjne hafty i koronki, w oparciu o zachowane w naszym Muzeum pismo szyła i zdobiła rosypoły. Hafty białe były zwykle dziurkowane i niezwykle misterne, składające z wielu elementów stanowiących zmyślne kompozycje motywów roślinnych. Pięknie prezentowały się na płóciennych ręcznikach, które wyglądały bardziej jak dekoracja przenośnych umywalek z porcelanową misą i dzbankiem.

       Ewolucją było tu rozpowszechnienie w Ustroniu haftu Richelieu z delikatnymi jak pajęczyna snutkami wypełniającymi liczne dziurki, co nastąpiło na początku XX w. i zaowocowało znaczną rozbudową formy kabotka za sprawą suto zdobionej przedniej poły zwanej przedniczkóm oraz krochmalonych na sztywno okruży na rękawach. Ustronianki świetnie sobie radziły z precyzyjnym, symetrycznym wycinaniem dziurek na płótnie przeznaczonym na kabotek, posługując się w tym celu specjalnym klockami – kawałkami drewna, zakończonymi ornamentami wykonanymi z cienkiej blachy, umiejscowionymi na kawałkach drewna. Klocki te maczano w kwasie wypalającym na materii pożądany wzór, który następnie misternie ręcznie obszywano. Duży zbiór przepięknych haftów Richelieu zawdzięczamy pani Lidii Troszok, która wraz z siostrą Anną Gluzą nauczyła mnie jak rozpoznawać dawne, rzadko dziś spotykane materiały, co jest wiedzą niezwykle przydatną w muzeum.

     Nie mniej istotne były hafciarki, przede wszystkim twórczynie żywotków z Ustronia i okolicznych miejscowości,  których prace stanowią temat do osobnego artykułu. Solidną podstawą w ich pracy były umiejętności nabyte we wspomnianej szkole u Sióstr Boromeuszek. Przyjmowały one niewiele uczennic – w obawie przed konkurencją. W latach 30. pracowały niemal nad siły, często śpiąc po 3 godziny na dobę. Aby sprostać terminom zdarzało się, że wstawały już następnego dnia po porodzie. Siedząc na krześle haftowały, drugą ręką doglądały strawy  na piecu, a do tego nogą bujały dziecko w kołysce.  Bywały okresy, kiedy udało się dobrze zarobić – wyremontować oborę i stodołę, a nawet wystawić skromny, ale własny dom.  Haftowanie żywotków bywało dochodowe. Jedna z hafciarek podaje, iż w 1929 r. wyszyła 408 żywotków, zarabiając na czysto 2655 zł. Zaś w 1934 r. wyszyła już tylko 72 żywotki, ale za to  114 pasów, które w latach 30. powszechnie zastępowały odlewane czy filigranowe pasy jubilerskie, na które i tak mało kogo było stać. Nową, skromniejszą formę pasów komponowano na szerokiej gumie za pomocą cekinów, lacety oraz koralików. W tymże roku rzeczona twórczyni zarobiła już tylko 450 zł. Wprawiona hafciarka wyszywała na tydzień od 4-5 żywotków, a jeśli wzory były skromniejsze, za jeden dzień i jedną noc udało się skończyć 3 sztuki. Dlatego, że przebicie się igłą przez aksamit i tekturę bywało trudno, w pracy pomagał mąż, a dobieranie ozdób (cekiny, lacety, koralików) było domeną dzieci.

     O hafty i koronki trudno było należycie zadbać, mając do dyspozycji ług, ewentualnie  odwar z korzeni mydlnicy. Do lat 30. XX w. otrzymywano mydło domowym sposobem, kupując w aptekach zasadę sodową zwaną sodą kaustyczną, którą gotowano razem z tłuszczem i kształtowano w specjalnych formach. Koronki prano w klepkowych szaflikach, ale żeby nie stykać delikatnego rękodzieła z metalem używano tarek ze szkła, a w bogatych domach nawet z porcelany. Do prasowania koronek używano  maleńkich żelazek z duszą ze specjalnie wyprofilowaną, długą rączkę. 

    Zmiany społeczne oraz szybki postęp technologiczny po II wojnie sprawiły, iż kobiety z podcieszyńskich miejscowości zaniechały wykonywania subtelnych, tradycyjnych technik rękodzieła. To był czas koronkarek z Trójwski, które popularyzowała CPLiA. Za to nasze Muzeum od prawie 10 lat promuje autorki rękodzieła pochodzące z Ustronia i okolic. Ich wiodącą techniką jest szydełko, a urocze, starannie wykonane prace są dla świeżopowietrzoków ciekawymi pamiątkami z pobytu w Ustroniu.

Alicja Michałek


Highslide for Wordpress Plugin