INDUSTRIADA W USTRONIU UDAŁA SIĘ ŚWIETNIE:) ZA CHWILĘ RELACJA:)

Dodano w Aktualności dnia Czerwiec 1st, 2016 przez Administrator – Brak komentarzy

 

Fotorelacja ze spotkania z Sylwią Cieślar nt. „Bardzo Bliski Wschód – półroczna praca wolontariuszki wśród uchodźców i społeczności lokalnej w Jordanii”

Dodano w Aktualności dnia Maj 9th, 2016 przez Administrator – Brak komentarzy

    7 maja w Muzeum Ustrońskim odbyło się spotkanie ze studentką arabistyki – ustronianką Sylwią Cieślar. Znakomita prelegentka, obdarzona naturalnym talentem oratorskim,  podzieliła się z licznie zgromadzonymi słuchaczami reminiscencjami z pracy w charakterze wolontariuszki wśród syryjskich uchodźców w Jordanii, przybliżając zebranym realia życia i egzotyczną kulturę Bliskiego Wschodu. Jordania jest krajem, którego większość społeczeństwa stanowią byli lub obecni uchodźcy – głównie palestyńscy, po powstaniu państwa Izrael zmuszeni do opuszczenia ojczystej ziemi. Sylwia zwróciła uwagę na fakt, iż wiele z widocznych na prezentowanych przez nią zdjęciach osiedli czy miejscowości powstało na bazie obozów dla uchodźców, a duża część ich mieszkańców, mimo, że spędziła tu już wiele lat – nierzadko niemal całe życie, nadal nie otrzymała jordańskiego obywatelstwa. Wraz z prelegentką mieliśmy również okazję odwiedzić terytorium Autonomii Palestyńskiej, gdzie na każdym kroku dostrzegalna jest izraelska okupacja, której najbardziej widocznymi znakami są wysokie mury, pokryte nieraz bardzo wymownym i artystycznie wykonanym graffiti. Na zakończenie zobaczyliśmy Betlejem oraz Jerozolimę – Święte miasto trzech wielkich religii monoteistycznych – pełne wspaniałych zabytków przypominających wspólne dziedzictwo kulturowe Judaizmu, Chrześcijaństwa i Islamu, ale zarazem uwidaczniających wewnętrzne podziały pomiędzy poszczególnymi wyznaniami. Bliski wschód to jednak nie tylko historia i geopolityka, ale również codzienne życie – kuchnia, stroje i muzyka (która okazuje się być o wiele bardziej złożona i rozbudowana od europejskiej). Goście naszego Muzeum mieli okazję wysłuchać nagrania pięknej, arabskiej pieśni, zobaczyć tradycyjny muzułmański strój kobiecy, który zaprezentowała na sobie Malwina Michałek oraz posmakować bliskowschodniej, mocnej, aromatycznej kawy, serwowanej wraz z ciasteczkami  przez mamę i siostrę bohaterki spotkania. W naszym Muzeum coraz więcej jest spotkań z młodymi ludźmi, dla których świat jest coraz bardziej otwarty, a jednak wracają do swojej małej ojczyzny.

A.M.

Ustrońskie pożegnanie Ottona Windholza

Dodano w Aktualności dnia Maj 5th, 2016 przez Administrator – Brak komentarzy

  W środę,  4 maja, odbyło się w domu przedpogrzebowym na cmentarzu komunalnym w Ustroniu uroczyste pożegnanie Ottona Windholza, honorowego obywatela naszego miasta, zmarłego 26 listopada  2015 r. w  Australii. Otton Windholz był jednym z  ostatnich ustroniaków, wywodzących się z lokalnej społeczności żydowskiej.  Od 1968 r. mieszkał na stałe w Australii, jednak, wraz z małżonką Krystyną, regularnie odwiedzał rodzinny Ustroń oraz utrzymywał stały kontakt z wieloma jego mieszkańcami, był także członkiem Towarzystwa Miłośników Ustronia. Zainicjował wiele przedsięwzięć, mających na celu ochronę dziedzictwa ustrońskiej gminy żydowskiej, między innymi uporządkowanie grobów, które znalazły się poza nowymi granicami cmentarza komunalnego na Gojach  oraz wzniesienie pomnika upamiętniającego synagogę,  zbudowaną przez ustrońskich Żydów w 1902 r., a spaloną i zburzoną przez Niemców w 1939 r.  Dlaczego Otton Windholz był tak ważną osobą dla naszego Muzeum? Przede wszystkim jako nieoceniony informator stanowił skarbnicę wiedzy o dawnym Ustroniu. Swoje wspomnienia opisywał w ustrońskich periodykach, w Muzeum odbyło się również wiele spotkań z udziałem Krystyny i Ottona Wineckich – Windholzów. W 2006 r. nasze Muzeum nakręciło film dokumentalny „Spacerkiem po dawnym Ustroniu”, podczas którego Otton Windholz wraz z kolegą z ławy szkolnej Janem „Hakerem” Podżorskim dzielili się reminiscencjami z przedwojennego miasteczka, przemierzając je z obu stron głównej ulicy wraz z Alicją Michałek operującą kamerą.

    

tekst A.M., zdjęcia Lidia Szkaradnik

Wernisaż wystawy Michaeli i Stanislava Zormanów – fotorelacja

Dodano w Aktualności dnia Kwiecień 27th, 2016 przez Administrator – Brak komentarzy

  W słoneczną środę, 20 kwietnia, odbył się w naszym Muzeum wernisaż wystawy artystów z Zaolzia. Niezwykłą rzeźbę zaprezentował  Stanislav Zorman, a malarstwo jego córka Michaela Zormanova. Wernisaż uświetnili swoim występem światowej sławy barytonista Klemens Słowioczek oraz pianista Lukáš Michel.

      „Państwo Michaela,  Stanisław i Lukáš są w tym miesiącu solenizantami, stąd czeka na nich okazały tort.  Z wyjątkiem naszej pięknej Michaeli, która karierę ma jeszcze przed sobą, wszyscy dzisiejsi goście są artystami światowej sławy” – przedstawiła bohaterów wernisażu dyrektor Muzeum Lidia Szkaradnik. -„Pan Stanisław ma kontakty liczne z Polską, ale prezentował też swoją sztukę w Szwajcarii czy w Berlinie. Pan Klemens przez 30 lat był głównym solistą w Teatrze Muzycznym Opery Komicznej w Berlinie, gdzie zaprezentował 56 ról. Śpiewał we wszystkich stolicach Europy,  poza tym między innymi w Tokio i Melbourne. Z kolei pan Lukáš jest znakomitym pianistą, biorącym udział w wielu konkursach krajowych – czeskich i międzynarodowych. Obecnie obaj panowie są pedagogami na uniwersytecie w Ostravie.  Nasza Michaela od dziecka obraca się w kręgu sztuki, malowała od dziecka, bywała tutaj w tatą na wystawach. Skończyła translatorykę na Uniwersytecie w Ostravie,  a jej wiodącym językiem jest hiszpański, a to dlatego, iż chciała jak najbliżej poznać poezję i ją tłumaczyć. Oprócz malarstwa zajmuje się również ilustracją książek, między innymi autorstwa swojej siostry, która jest tutaj z nami, a ponadto wykonuje prace nie tylko surrealistyczne, ale także inspirowane folklorem. Zawodowo jest rzeczniczką Urzędu Miasta w Karvinie. Wiodącym artystą  jest tu jednak pan Stanislav Zorman. Pozwolę sobie przytoczyć państwu informacje nim, przetłumaczone z folderu, wydanego w języku czeskim: „Urodził się 21 kwietnia 1953 r. w Dolnych Marklowicach. W rodzinnym domu mieszka i tworzy do dziś. Stanislav Zorman poświęcił swe życie sztuce, czy też – można by rzec – to gwiazdy poświęciły go sztuce. Urodził się bowiem pod znakiem Byka, ze słońcem w dziewiątym domu zodiakalnym, pod wpływem znaku Lwa i dodającego mu siły Plutona. Połączenie tych wpływów okrasiło jego osobowość talentem, skłonnością do awangardy, pociągiem do szukania życiowej filozofii opartej na trwałym systemie wartości. Ludzie urodzeni pod znakiem Byka twardo stąpają po ziemi. Nie dają się ponosić emocjom, wszystko muszą najpierw dobrze przemyśleć. Są bardzo wrażliwi na sztuki plastyczne, muzykę, architekturę i cenią wszystko, co piękne. Do ich charakterystycznych cech należą: wytrwałość, cierpliwość, stałość i twórcza płodność. W celtyckim horoskopie drzewnym osobom urodzonym w tym okresie przyporządkowany jest orzech. Do osiągnięcia szczęścia potrzebują oni stabilnych warunków życiowych, dlatego zawsze starają się je sobie wytworzyć. Rodzina i dom stanowią dla nich decydujące oparcie. Mają ponadto silnie rozwinięty zmysł estetyczny. W horoskopie Indian ludzie ci należą do znaku Bobra. Związani są z żywiołem ziemi uosabiającym stabilność, racjonalne podejście do życia, porządek i poczucie celu. Za sukcesami artysty stoi niewątpliwie wyjątkowa technika, w której tworzy, i której sam jest autorem. Mowa tu o połączeniu elementów płaskorzeźby i asamblażu. Ponieważ jednak Stanislav Zorman wykorzystuje wyłącznie naturalne materiały nadał swej twórczości odrębną nazwę – naturblaż. Do jej powstania doszło w sposób naturalny, gdy autor poświęcił swe życie opiewaniu piękna w malarstwie, rzeźbie a zwłaszcza dendrologii. W rezultacie obserwacji przyrody, próbowania różnych technik i czerpania z każdej z nich tego, co było mu najbliższe, powstało coś zupełnie nowego – wspomniany już naturblaż.  Zorman pisz o sobie: „Czym bardziej staram się zrozumieć przyrodę, tym bardziej fascynuje mnie tajemnica jej doskonałości, którą staram się przenieść do swych prac, swych duchowych kolaży. Łączy się w nich wiedza o drzewach oparta na prastarym podziale czasu oraz praktyczne ludzkie odkrycia przyprawione magicznym pieprzem i rytualną solą.  Dzieła powstały ze starych, zniszczonych drzew – drzew skarżących się; takich, na których poza zębem czasu odcisnęła swe piętno niszcząca wszystko ręka człowieka. „Dzieła powstały ze starych, zniszczonych drzew – drzew skarżących się; takich, na których poza zębem czasu odcisnęła swe piętno niszcząca wszystko ręka człowieka”. To tyle o naszych artystach, teraz oddaję im głos”.  -„Widzimy tutaj różne kolekcje, między innymi kolekcję inspirowaną folklorem, ponieważ szukałam w Karwinie korzeni, czegoś ludowego. Tam za państwem są maski, wzorowane na tych, które noszone są  w Republice Dominikańskiej podczas karnawału. Niektóre obrazy namalowane są wg tekstów literackich Jorge Luisa Borgesa oraz urugwajskiej poetki Vilariño – artystów dla mnie bardzo inspirujących” – opisała swoją sztukę Michaela Zormanova. „Mieszkam teraz w Stonawie, ponieważ pochodzę ze Stonavy i bardzo mi tam brakowało berlińskiego muru.  Mieszkam koło drogi, kopalnie jeszcze istnieją, górnicy jeżdżą do pracy, zbudowałem więc sobie mur na wzór berlińskiego, wszyscy go podziwiają, przywiozłem też kawałki berlińskiego muru, w ten sposób symbolicznie zabierając do domu część berlińskiego życia” – opowiedział o sobie Klemens Słowioczek. Następnie gości przeszli do sąsiedniej sali, gdzie zafascynowała wszystkich muzyka w wykonaniu artystów.                                                                                                                                                                            

       tekst i zdjęcia A.M.

 

 

Spotkanie z JADWIGĄ KŁAPĄ – ZARECKĄ i PAWŁEM ZARECKIM. Fotorelacja.

Dodano w Aktualności dnia Kwiecień 15th, 2016 przez Administrator – Brak komentarzy

           W deszczową, wiosenną sobotę, 9 kwietnia, odbyło się u nas wyjątkowo ciepłe i energetyczne spotkanie. Na wstępie bohaterów spotkania przedstawiła dyrektor Muzeum Lidia Szkaradnik. – „Dziś naszymi gości są pani Jadzia Kłapa – Zarecka i jej mąż Paweł Zarecki. Pani Jadzia i jej rodzina jest znana w Ustroniu. Bohaterka dzisiejszego spotkania jest lekarzem i pasjonatem muzyki. W związku z tym, że pracuje w Warszawie, zauważono ją przy realizacji serialu „Młodzi lekarze”, którego fragmenty za chwilę państwo zobaczą. Jest też wielką społeczniczką, po godzinach pracy stara się zająć swoimi pacjentami, jest autentycznym wzorem lekarza z sercem. A ponadto to artystka i autorka słów oraz muzyki do przewodniego utworu w serialu. Pan Paweł jest muzykiem znanym i cenionym w Polsce, Wikipedia przestawia go jako polskiego muzyka sesyjnego, klawiszowca, producenta, aranżera i kompozytora, który współpracuje z takimi artystami jak Anna Maria Jopek, Natalia Niemen, Mieczysław Szcześniak, oraz grupami TGD, Freedom Nation. Państwo Zareccy często wspólnie koncertują w całym kraju. Rodzinnie wystąpi dzisiaj również pan Tomek Cieślar, gitarzysta i pasjonat muzyki. Myślę, że wspólnie rozniosą tę naszą salę i dodają nam superoptymizmu”. 

  Nim to jednak nastąpiło, zgromadzona w Muzeum publiczność obejrzała fragmenty trzech pierwszych odcinków serialu „Młodzi lekarze”, w których przedstawiona była codzienna praca Jadzi Zareckiej oraz moment powstawania utworu przewodniego pt. „Prosta recepta”, który powstawał niemal na oczach widzów. Następnie zabrała głos bohaterka spotkania: Niebywałe dla mnie jest to, że w tym miejscu zagrałam pierwszy w życiu koncert i wiąże się z tym anegdotka, którą słyszałam jeszcze od babci. Kiedy moja starsza kuzynka Marta zapisała się do ogniska muzycznego w Ustroniu, babcia wzięła mnie na popis młodych artystów i gdy wszystkie dzieci już wystąpiły, ja powiedziałam, że też chcę coś zagrać. Ku przerażeniu babci usiadłam do fortepianu, grając swoją kompozycję. Było to śmieszne, miałam wtedy 4,5 roku, ale myślę, że to takie sympatyczne i zarazem symboliczne dla mnie, że w tym samym miejscu, w Muzeum, mogę zagrać dzisiaj koncert z mężem i z Tomkiem oraz podzielić się rzeczami, które są nam bliskie” – mówiła Jadzia Kłapa – Zarecka. – „Krótko o samym serialu. Fakt, że znalazłam się wśród młodych lekarzy, był zbiegiem okoliczności, ponieważ zdjęcia toczyły już się od wielu miesięcy, ale poszukiwali jeszcze do jednego odcinka dziwnego młodego lekarza, który ma jakąś pasję, gra na czymś, najlepiej jakiegoś muzyka. No i tak się złożyło, że miałam małą pacjentkę, dla której szukałam specjalistycznej pomocy w centrum Zdrowia Dziecka. Postanowiłam udać się na oddział, na którym rok wcześniej odbywałam miesięczny staż, to jest Oddział Pediatrii, Żywienia i Chorób Metabolicznych. Podczas stażu bardzo mnie miło przyjęto, wiele się tam nauczyłam, więc pomyślałam, że może odważę się poprosić ich o leczenie tego dziecka. Udałam się tam mając wrażeniem, że nikt  nie będzie mnie pamiętał, zapukałam do drzwi, szefowa dr Wieteska otworzyła drzwi i powiedziała: „O Jadzia, właśnie o tobie rozmawiałyśmy, super, że jesteś, co za zbieg okoliczności!”. Tego dnia o tej samej godzinie przybyła do niej pani reżyser Asia Frydrych, która powiedziała jej, że szukają jakiegoś muzyka i dr Wieteska wspomniała jej, że zna taką dziewczynę, która była u niej w zeszłym roku na stażu. Miałam być w jednym odcinku, ale gdy zdjęcia zostały przedstawione panu Fidykowi, stwierdził, że może w dwóch, potem, że w trzech, a w sumie ostatecznie byłam w dziesięciu. Tak naprawdę się nie napracowałam, był to bardzo przyjemny czas, muszę przyznać, że było o wiele mniej roszczeniowych pacjentów, dlatego, że jest kamera w gabinecie. Gdy zabrakło kamer, wszystkim w przychodni zrobiło się smutno, zabrakło tego splendoru”. Dr Jadzia jest zaprzyjaźniona z wieloma pacjentami. „Pani Maria, która była pod koniec, miała konsultację naczyniowca, wykonano jej szereg badań, zapisano na operację, a, co najważniejsze, skontaktowała się z rodziną i nie jest już samotna. Od kochanej pani Tereski, fantastycznej pacjentki, tak naprawdę kupuję to mleko, ale ona nie wiedziała, jak to przed kamerą zrobić, że  bierze te pieniądze ode mnie. Było to zaskakujące, ale reżyserowi bardzo spodobał się ten moment i zamieścili go w filmie”. Zgromadzona w Muzeum publiczność była bardzo przejęta dalszymi losami małych pacjentów: „Wietnamskiego chłopczyka czeka długie leczenie, mama miała w ciąży różyczkę. Opiekują się nim tata i dziadek, zostali sami w tej rodzinie. Mały Mateuszek, porzucony przez rodziców, urodził się z ciężką wadą serca i rodzice go porzucili. Teraz jest po ostatniej operacji, przechodzi rehabilitację, jest teraz członkiem szczęśliwej rodziny i od września pójdzie z rówieśnikami do przedszkola. Uczy się teraz mówić i jest bardzo szczęśliwy. Jego mama opowiadała, iż podczas kursu adopcyjnego nadszedł moment, w którym musieli zaznaczyć, czy chcą mieć dziecko zdrowe, czy chore też wchodzi w grę. Nie wiedzieli, z czym się to wiąże, więc zaznaczyli zdrowe, jak wszyscy pozostali. Ale gdy mama zobaczyła krótki reportaż o Mateuszku, poczuła w sercu, że to jest dziecko dla niej. Następnego dnia jej mąż zadzwonił pod wskazany numer i dowiedział się, że był jedynym człowiekiem, który się skontaktował. Spotkali się z dzieckiem i mówią, że jest to najbardziej niesamowita rzecz, jaka ich spotkała w życiu, a Mateusz rozwija się jak normalny, zdrowy chłopiec. A adoptowali go ze świadomością, że będzie to nieuleczalnie chore dziecko”.

Oczekiwanym przez publiczność punktem programu był oczywiście koncert, podczas którego niezwykłej wokalistce z saksofonem akompaniował mąż wraz z Tomaszem Cieślarem. „ Dziś w repertuarze mam różne utwory, niektóre autorstwa Pawła, inne mojego, część z nich jest taka nasza ulubiona, są też utwory ogólnie znane. Pierwsza piosenka Grzegorza Turnau „Tutaj jestem” mówi o pozostaniu w miejscu, w których się urodziło i wychowało. Zawsze powtarzałam, że nigdy nie przeprowadzę się do Warszawy, a teraz mieszkamy kilka km od niej”. O kolejnej piosence swojego autorstwa opowiedział Paweł Zarecki: „Ja rzadko piszę piosenki, ale wszystkie utwory, które napisałem, wzięły się z tego, że, jak sobie wyobrażam, pan Bóg siedzi sobie w niebie i mówi – dobra, to temu Zareckiemu raz na pół roku prześlę do głowy taki pliczek. Coś w tym jest, że od razu dostaję i muzykę i słowa. Piosenka ta przyszła mi do głowy w lesie i jest to modlitwa, tęsknota za tym, żeby widzieć w życiu swoim i wszystkich wokół to, że Pan Jezus przychodził, zmieniał życie ludzi, pomagał im i uzdrawiał”. Był też utwór Joni Mitchell, która w pewnym momencie swojego życia doszła do wniosku, że na wszystko patrzeć można z dwóch stron – od tej dobrej i  złej. Niemałe emocje i łzy wzruszenia wzbudził dedykowany wszystkim babciom utwór Billa Withersa – „Grandma’s Hands”. Przyszedł też czas na „Don’t give up” z repertuaru Petera Gabriela, w którym mowa o tym, aby się nie poddawać, a w życiu najważniejszy jest drugi człowiek. Jadzia Zarecka nie tylko tłumaczyła zebranym teksty utworów, ale również odnosiła ich przesłanie do osobistych przeżyć. Nie da się ukryć, iż zebrani czekali także na piosenkę przewodnią z serialu „Młodzi lekarze”, której refren śpiewano wspólnie. Jej autorka podkreśliła, iż nie jest to piosenka o lekarzach, tylko o ludziach, a zadedykowała ją obecnemu na spotkaniu ustrońskiemu lekarzowi Tadeuszowi Recmanowi. Z kolei utwór Czesława Niemena „Jednego serca” dedykowany był rodzicom bohaterki spotkania, jej mamie chrzestnej oraz siostrze. I wszystkim kardiochirurgom:) Przy tej okazji Paweł Zarecki wspominał Niemena, z którym znajomość określił jako niesamowite doświadczenie, spotkanie z uczynną, wręcz metafizyczną osobą.  Ukoronowaniem koncertu był jeden z pierwszych utworów napisanych przez Jadzię „Pozytywizm”. „Na początku moja twórczość była bardziej mroczna. Kiedyś babcia powiedziała mi, że moje piosenki są bardzo ładne, ale gdyby tak… pozytywniej” – wspominała autorka. Na zakończenie publiczność wysłuchała znanego wszystkim utworu „Amazing Grace” napisanego dawno temu przez handlarza niewolników Johna Newtona, który nawrócił się i diametralnie zmienił swoje życie. Koncert był niezwykły, pełen osobistych refleksji, wiary w Boga i pozytywnej energii.

Tekst: A.M., zdjęcia: Grzegorz Kubień

Dzieje Ustronia pocztówką pisane – relacja ze spotkania

Dodano w Aktualności dnia Kwiecień 11th, 2016 przez Administrator – Brak komentarzy

        2 kwietnia miało miejsce w naszym Muzeum spotkanie pt. „Dzieje Ustronia pocztówką pisane”, poprzedzające wydanie albumu, który zawierać będzie ponad 600 dawnych widoków naszego miasta. Historię pocztówek przybliżył Przemysław Korcz, a o planowanym albumie opowiedzieli kolekcjoner Benedykt Siekierka oraz wydawca Kazimierz Heczko. „Mieliśmy już w tym roku spotkania prozdrowotne, krajoznawcze, wernisaż wystawy artystycznej, najwyższa więc pora, aby zrobić spotkanie historyczne. Przecież opracowywanie historii Ustronia i jej popularyzacja jest naszym podstawowym zadaniem” – rozpoczęła spotkanie dyrektor Muzeum Lidia Szkaradnik.   „Muszę przyznać, że staramy się tę historię przedstawiać w formie jak najbardziej popularnej, stad dziś spotkanie w kręgu filokartystów zatytułowane „Dzieje Ustronia pocztówką pisane”. Dzieci z ustrońskich szkół przychodzą do nas na przygotowany kilka lat temu pokaz multimedialny „Ustroń dawniej i dziś”. Warto więc przybliżać najmłodszemu pokoleniu dawny wygląd naszej miejscowości, który znamy dzięki starym zdjęciom i pocztówkom. Zasoby pocztówkowe o naszym Ustroniu są bardzo bogate, gdyż miejscowość już w XIX w. była uzdrowiskiem, każdy kuracjusz chciał się podzielić z rodziną wrażeniami i takie kartki wysyłał. Powstała więc inicjatywa, aby wydać album tematyczny. Na 700-lecie Ustronia w 2005 r. nasze Muzeum zainicjowało niewielką publikację „Dawne widoki Ustronia”, już niestety wyczerpaną, planowany album będzie nieporównywalnie szerszy. Aby przybliżyć tę tematykę, przedstawimy kilkuminutową prezentację wykonaną przez pana Zbigniewa Niemca, artystę i grafika, twórcę portalu poświęconego kościołom ziemi cieszyńskiej, który porównuje dawne widoki Ustronia z tymi samymi miejscami w stanie obecnym. W tematykę dawnych pocztówek wprowadzi państwa natomiast Przemysław Korcz, farmaceuta o zamiłowaniach historycznych, prezes Towarzystwa Budownictwa Społecznego, kolekcjoner, zbieracz materiałów dotyczących I wojny światowej”.

„Oglądając prezentację opartą na starych zdjęciach miałem wrażenie, iż zaglądam przez jakieś okno do historii. Gdyby nie pocztówki, na pewno wiele takich miejsc nie kojarzyłoby nam się. Jednocześnie mamy pocztówki, przygotowane do publikacji, które nawet dla nas są wielką zagadką, spieramy się co to było albo gdzie to było, niektóre obiekty już od dawna nie istnieją” – rozpoczął opowieść Przemysław Korcz. – „Jak to się stało, że coś takiego jak karta pocztowa zaistniało? Aby się dowiedzieć, trzeba będzie cofnąć się o jakieś 147-150 lat wstecz. 30 listopada 1865 r. w Karlsruhe odbyła się V Niemiecka Konferencja Pocztowa, na której poczmistrz berliński pan Heinrich von Stephan chciał przedstawić coś nowego, proponując w swoim wystąpieniu wprowadzenie odkrytego listu, zwanego również korespondentką, nazw było wiele. Wzbudziło to takie kontrowersje, iż pomysł został odrzucony, ponieważ w mentalności ludzi żyjących w tamtych czasach tajemnica korespondencji była czymś bardzo istotnym. Nie wyobrażano sobie, aby informacje, czasem bardzo intymne, były przekazywane w formie widocznej dla każdego. I pomysł ten został odrzucony, ale pojawił się również w głowie profesora uniwersytetu wiedeńskiego, Emanuela Hermanna, który niezależnie wymyślił taką formę przekazywania informacji. I tak, 1 października 1869 r., władze poczty austro – węgierskiej zgodziły się na wprowadzenie takiej formy korespondencji. Po 3 miesiącach okazało się, że w Austro – Węgrzech wysłano 3 mln kart pocztowych, forma ta zaczęła cieszyć się coraz większą popularnością, ponieważ po pierwsze była tania, kilkakrotnie tańsza od listu, dostępna dla każdego, wiązało się to także ze zmianami wśród społeczeństwa ówczesnej Europy, gwałtownym rozwojem przemysłu, komunikacji, rozbiciem tradycyjnych form życia rodzinnego, gdyż wiele osób zaczęło podróżować za pracą, a także w celach rekreacyjnych, wypoczynkowych. Karta trafiła na okres dla niej najlepszy, ponieważ lata do 1918 r. , do zakończenia I wojny światowej, uznawane są za złoty okres karty pocztowej, nigdy później nie osiągnęła już takiej popularności. Jak ta karta pocztowa była skonstruowana? Awers, czyli strona przednia, była zarezerwowana jedynie na adres, opłatę skarbową oraz godło państwowe. Rewers był stroną początkowo pustą, przeznaczoną na informację. Przedsiębiorcy, tak jak dzisiaj, aby sprzedać swój produkt, starali się go jakoś uatrakcyjnić i w związku z tym początkowo na adresie starali się umieścić drobne znaki graficzne. Istnieją spory, kto pierwszy te znaki prowadził, działo się to w latach 1870-71. Podczas trwania konfliktu francusko – pruskiego niemiecki księgarz August Schwartz umieścił w rogu awersu artylerzystę, co jest uznawane za jeden z pierwszych znaków graficznych na karcie korespondencyjnej. Później wymyślono, aby na rewersie również zacząć umieszczać coś ciekawszego niż miejsce na zapisanie informacji. Przyjmuje się, że zapoczątkował to Serb Petar Manojlović, który po raz pierwszy umieścił na awersie karty pocztowej smoka, znajdującego się na tle miasta. Karta ta cieszyła się popularnością, budziła ciekawość wśród odbiorców, natomiast do dnia dzisiejszego jest zachowana tylko w międzywojennej reprodukcji, nie ma ani jednego oryginału. Zadrukowanie rewersu skutkowało tym, że potencjalny nabywca karty nie miał gdzie zapisać informacji, którą chciał przekazać. Często więc widzimy na kartach, że te piękne widoki są całkowicie zapisane. Skąd i kiedy pojawiła się Polsce nazwa pocztówka? W 1900 r. zorganizowano w Warszawie Pierwszą Wystawę Kart Pocztowych, podczas której ogłoszono konkurs na jej polską nazwę. Konkurs ten wygrał Henryk Sienkiewicz, to jemu zawdzięczamy słowo pocztówka. Kiedy w Ustroniu pojawiła się pierwsza karta pocztowa? W 1869 r. , wówczas, gdy została wprowadzona w Austro – Węgrzech, dawała ona pewne możliwości pochwalenia się gdzie się było, co się widziało. Tematyka kart pocztowych jest niesamowicie bogata, każda dziedzina życia, wiedzy, sztuki była na nich odwzorowywana, nawet tematyka erotyczna, pornograficzna, krążąca w drugim obiegu. Karty pocztowe dosyć szybko stały się obiektem kolekcjonerskim wśród ludzi zwyczajnych oraz koronowanych głów, dużą kolekcję miał np. papież Pius X. Filokartystyka, inaczej deltiologia, to ciekawe hobby, pozwalające nam zajrzeć w okno historii, aparat fotograficzny nie był wówczas tak powszechny. Ciekawostką, którą chcę Państwu przedstawić, jest karta przedstawiająca moment aresztowania Gavrilo Principa po zamachu na Franciszka Ferdynanda i Zofię Chotek. Została wysłana do Ustronia z Sarajewa 13 lipca. Czyli 28 czerwca był zamach, a 13 lipca już była karta pocztowa dostępna na rynku. Nie była ona wydana w Sarajewie, tylko w Wiedniu. Ustroniak wysłał ją do ustroniaka z informacją, że to jest aresztowany Prinzip. Nie była to jednak prawda. Ta karta pocztowa przedstawia oczywiście sytuację związaną z zamachem, ale jest to aresztowanie Ferdynanda Behra, Niemca, który chciał zapobiec linczowi na Principie przez okoliczną ludność i również został aresztowany. Ciekawostką jest również to, jak szybko te karty szły, ona po 4 dniach już była w Ustroniu! W 1904 r. Światowa Organizacja Pocztowa uznała, że trzeba coś zrobić z tym, żeby nie zapisywać już drukowanej strony rewersu i uznano, że awers zostanie podzielony na strefę, w której wpisywano adres oraz na część przeznaczoną na korespondencję. Karta pełniła wiele funkcji – oprócz utylitarnej, do przekazywania informacji, była pewnego rodzaju nośnikiem propagandowym, związanych ze wzmacnianiem patriotyzmu wśród społeczeństwa, pełniła też funkcję charytatywną, zakup jej wiązał się z przekazaniem środków na jakiś szczytny cel, były to akcje głównie podczas wojen. Karty pełniły ważną funkcję edukacyjną, ponieważ książki nie były tak dostępne jak dzisiaj, zatem karty przekazywały informacje z różnych dziedzin życia, takich jak wynalazki, sztuka w postaci obrazów, rzeźb. Oczywiście pełniły również funkcje krajoznawcze. Najwięcej kart pocztowych wyszło w Niemczech, każde miasteczko, każda wioska miała swojego nakładcę, który wydawał karty. Jedną ze starszych kart niemieckich, mających akcent polski, jest karta przedstawiająca górę Śnieżkę w Karkonoszach, wydana w 1873 r. Jak to się odbywało na Śląsku Cieszyńskim? Cieszyn ma bogate tradycje od pierwszej drukarni Prochasków począwszy. Monopolistami w czasach austro – węgierskich byli Feitzingerowie, dostarczający karty pocztowe – widokówki z kurortów oraz miejscowości wypoczynkowych monarchii. Najwięcej kart w naszych zbiorach jest właśnie wydanych przez Feitzingerów. W samym Ustroniu wymienić można Rudolfa Langhammera, Scharberta (który wydawał później zdjęcia Skory – Foto Elios), Jana Tomiczka, Karola Lipowczana. Byli to właściciele punktów handlowych na terenie Ustronia, a jednocześnie nakładcy pocztówek. Ile jest pocztówek przedstawiających Ustroń? Nie wiadomo. Słyszałem kiedyś o karcie przestawiającej dzisiejszą ulicę Stawową z widokiem na kościół ewangelicki, na której jest jeszcze pięć bądź sześć stawów! Natomiast nikt z miejscowych kolekcjonerów nie ma jej w swoich zbiorach. Także zakodowane na kartach informacje są przebogate. Same awersy są kopalnią wiedzy, pisane często ołówkiem kopiowym, wyblakłym atramentem po czesku, niemiecku, polsku, gwarą, esperanto, w jidysz”.

   Benedykt Siekierka dodał: „Rzeczona inicjatywa zrodziła się dlatego, że naprawdę jest potrzeba takiego wydawnictwa, znalazły się pocztówki jeszcze nieznane, a poza tym czas jest w sam raz do wydania takiego albumu, bo my, kolekcjonerzy, rzadko coś nowego już znajdujemy. Wydawnictwo dlatego będzie na czasie, gdyż ktoś już chciał ustroniakom ten temat podebrać, ale na szczęście koledzy się zmobilizowali. Nie jest sztuką posiadać takie zasoby w komputerze, łatwiej ogląda się wydawnictwo. Postanowiliśmy, że zrzucimy te zdjęcia, bezkosztowo, po czym wybierzemy to, co będzie interesujące. W tej chwili czeka nas trudna praca, ponieważ trzeba pocztówki jeszcze opisać. Chcemy, by to wydawnictwo zostało zakupione przez tych, dla których będzie to promocja Ustronia, liczymy na Urząd Miasta oraz lokalnych przedsiębiorców”.

    Bliższych informacji o albumie udzielił wydawca, Kazimierz Heczko: „W tym celu powstała nieformalna grupa hobbystów, pasjonatów fotografii, kolekcjonerów, w skład której wchodzą Muzeum Ustrońskie – koordynator strony historiograficznej albumu, panowie Benedykt Siekierka, Piotr Szuba, Michał Bożek, Przemysław Korcz, Ireneusz Staniek, Jan Sztefek, Remigiusz Dancewicz, wydawnictwo Galeria na Gojach, które udostępni zbiory Tadeusza Kubisza, Józefa Skory, Tadeusza Kopoczka. Album będzie w twardej oprawie, o objętości ok. 180 stron w takim nietypowym troszkę, kwadratowym formacie 24 na 34 cm, drukowany na lekko kremowym papierze. Wydawnictwo to będzie zawierało ok. 600 widokówek i fotografii dawnego Ustronia. Poszczególnymi działami będą: widokówki kolorowe, ludzie Ustronia, architektura, kościoły, przemysł i uzdrowisko oraz widoki Ustronia. W poszczególnych działach widokówki będą podzielone chronologicznie. Trudno mówić o książce, której jeszcze nie ma, ale takie są nasze założenia”.

Na koniec dyrektor Muzeum zapytała kolekcjonerów, w jaki sposób pozyskują pocztówki.  „Dawnej szukaliśmy w swoich zbiorach, ponieważ jako sympatycy regionu ukierunkowaliśmy się na Ustroń. Potem w domach znajomych, a następnie jeździliśmy na targi. Obecnie na targach staroci jest mało pocztówek, raczej korzystamy z serwisu Allegro, czasami jeszcze ktoś coś wrzuci, często mieszkaniec dalekich stron, działają także wyspecjalizowane firmy, skupujące pocztówki od ludzi i sprzedające je w internecie” – zdradził Benedykt Siekierka. „Sporo pocztówek można spotkać w Austrii (wielu ustroniaków korespondowało z Wiedniem), w Niemczech, a nawet w Chorwacji, na wybrzeżu Adriatyku. Na Istrii w Puli, gdzie mieściła się główna baza austro – węgierskiej marynarki wojennej,  służyli także ustroniacy, dlatego warto zajrzeć do tamtejszych antykwariatów. Za granicą taka pocztówka z Ustronia jest jedną z tysięcy, więc cena jest niższa, im bliżej do Ustronia, tym wyższa. Dużo pocztówek znalazłem z starych książkach, jako zakładki, na makulaturze. Mamy ciągle nadzieję, że coś ciekawego jeszcze się w ustrońskich domach znajdzie. Nigdy ten zbiór nie jest zakończony” – podsumował P. Korcz.

 tekst A. M.

Strój ze zbiorów naszego Muzeum finalistą pokazu mody z czasów PRL:)

Dodano w Aktualności dnia Marzec 22nd, 2016 przez Administrator – Brak komentarzy

            A wszystko za sprawą niezwykłej Ani Łęczyńskiej, pracownicy Miejskiej Biblioteki Publicznej  w Ustroniu, etnolożki, współpracującej w czasach studenckich, a nawet i dziś, z naszym Muzeum. Najpierw odbyły się eliminacje, podczas których oczekiwano na zdjęcia najciekawszych stylizacji z czasów PRL. Sesję zdjęciową Ani wykonała młoda ustrońska graficzka Agatka Chrapek. Tą drogą wyłoniono 20 finalistek, które zaproszono do wzięcia udziału w pokazie mody PRL w Muzeum Narodowym w Krakowie, otwierającym Cracow Fashion Week 2016. A podczas pokazu najwyżej oceniono naszą Anię z muzealnej kreacji! Rzeczony komplet pochodzenia fabrycznego, uszyty z płótna drukowanego w kwiaty o niezwykle ciepłych kolorach, pochodzi z początku lat 70. XX w. Przekazany został do Muzeum, wraz z całą szafą unikatowych już tekstyliów, przez panią Lidią Troszok z Ustronia. Nasza instytucja gromadzi pamiątki z czasów PRL od początku 2007 r. , organizując co jakiś czas cieszące się dużym powodzeniem wystawy czasowe. Więcej zdjęć z pokazu mody można znaleźć tutaj

Zapraszamy na nową, niezwykłą wystawę Urszuli Kluz – Knopek, która czynna będzie do 17 kwietnia.

Dodano w Aktualności dnia Marzec 16th, 2016 przez Administrator – Brak komentarzy

         5 marca w naszym Muzeum odbył się wernisaż wystawy autorskiej ustrońskiej artystki Urszuli Kluz – Knopek. Ekspozycja zatytułowana Mono no aware nawiązuje do japońskiej kategorii estetyki, która łączy w sobie zarówno zachwyt nad pięknem, jak i melancholijną zgodę na jego przemijanie. Mono no aware odczuwamy, gdy do łez doprowadza nas piękno przyrody, piękno małych rzeczy, równocześnie uświadamiając nam szczególnie wyraźnie ich efemeryczność, nietrwałość, kruchość. Urszula Kluz – Knopek to rodowita ustronianka, urodzona w 1985 r. Jest artystką intermedialną, wykorzystującą w swoich działaniach instalację, wideo oraz fotografię, autorką licznych wystaw indywidualnych i grupowych w kraju i za granicą. Obecnie odbywa studia doktoranckie na Wydziale Intermediów Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Jest absolwentką Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu oraz inżynierem informatyki. W swojej pracy badawczej zajmuje się tematyką śmierci i nieśmiertelności oraz postrzeganiem tych pojęć w kulturze współczesnej. Ponadto, od kilku lat, artystka prowadzi graficzne Studio Bakłażan. Jest członkinią Stowarzyszenia Twórców Grafiki Użytkowej, zajmuje się projektowaniem graficznym, szczególnie identyfikacją wizualną, projektowaniem publikacji oraz książek artystycznych. Pracuje również jako mentorka w projekcie Link do Przyszłości dla Fundacji Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego finansowanego ze środków Microsoftu. Jest to projekt społeczny, którego celem jest inspirowanie młodzieży z małych miast i wsi do świadomego planowania swojej przyszłości zawodowej, ze szczególnym uwzględnieniem możliwości, jakie dają nowe technologie, a także wspieranie w rozwijaniu konkretnych umiejętności, takich jak programowanie, dzięki którym łatwiej będzie im znaleźć pracę. U. Kluz – Knopek jest również redaktor naczelną oraz kuratorką Woof Woof Arf Arf! – artystyczno-naukowego ogólnopolskiego magazynu, prezentującego prace artystyczne i teksty naukowe. Wydanie każdego numeru wiąże się z serią wystaw towarzyszących, odbywających się w różnych miastach Polski i prezentujących prace w różny sposób odnoszące się do zagadnienia danego numeru. Mono no aware jest pierwszą wystawą pani Urszuli w jej rodzinnym mieście. Sobotni wernisaż rozpoczął się krótkim recitalem młodej ustrońskiej wokalistki – Klaudii Fober, po czym gospodyni Muzeum, Lidia Szkaradnik, serdecznie powitała bohaterkę wieczoru oraz zgromadzonych gości. Ideę wystawy przedstawiła zebranym Joanna Rzepicka – Dziedzic, kuratorka funkcjonującej w Cieszynie do 2002 r. Galerii Szara, przenoszonej obecnie do Katowic: „Urszulę poznałam kilka lat temu i od tego czasu bacznie ją obserwuję. Jest to artystka niezwykle wyrazista, radykalna w swoich działaniach, ale też jest to tytan pracy – bezkompromisowa, perfekcyjna, profesjonalna. Okazuje się, że kocha to miasto i nie potrafiłaby żyć gdzie indziej. W naszym środowisku artystycznym mówi się, że można odnosić sukcesy na całym świecie, ale najtrudniej zostać docenionym w mieście, w którym się mieszka. Dlatego gratuluję miastu, że doceniło Urszulę i na dodatek za jej życia! (…) Jej praca nie przechodzi bez echa, była wielokrotnie nagradzana stypendiami naukowymi, jest finalistką wielu konkursów, jedną z jej ostatnich nagród jest stypendium ministra edukacji dla doktorantów. Jest to o tyle ważne, że takie stypendium przyznaje się raz na rok jednej osobie. Jej prace były pokazywane na licznych wystawach w kraju i za granicą, w takich ośrodkach jak Częstochowa, Warszawa, Łódź, Toruń, Poznań, Gdańsk, a w Europie i na świecie Niemcy, Holandia, Meksyk, Włochy, Dania, Szwecja, Portugalia, Japonia, Stany Zjednoczone, Londyn, Ukraina. Ja uważam, że to, co widzimy tutaj, to jest prezentacja, ponieważ Uli wystawy są budowane bardzo całościowo, są i instalacje i video. Wchodząc na wystawę Uli wchodzimy w bajkę, bierzemy w niej udział całym sobą, wszystkim zmysłami. Więc tutaj widzą Państwo zaproszenie, za tą artystką trzeba podróżować i oglądać”O doborze prac, które znalazły się na ekspozycji, opowiedziała sama autorka: „Powiem może, skąd się wziął ten wybór, bo to są fotografie, które powstawały na przestrzeni maksymalnie 10 lat. Gdy dostałam zaproszenie na tę wystawę, to było mniej więcej w październiku, byłam między takimi dwoma ważnymi wydarzeniami w moich życiu i studiach. Pierwszym było zakończenie projektu, który skupiał się na naturze, na granicy między naturą a kulturą, która jest na dzień dzisiejszy w zasadzie nieistniejąca i wielu socjologów czy teoretyków kultury mówi teraz, że mamy naturokulturę. Więc ten pierwszy temat oscylował wokół natury. Drugą rzeczą, która się zajmuję w pracy teoretycznej, jest tematyka śmierci we współczesnym świecie – śmierci, żałoby, nieśmiertelności. I gdy dostałam to zaproszenie, zastanawiałam się, bo by mogło połączyć te dwie rzeczy. Przeglądałam swoje prace, czytałam najróżniejsze książki i wpadłam na Mono no aware, która jest tematyką od wielu wieków stosowaną w sztuce japońskiej, a która mówi nam o zachwycie nad chwilą tu i teraz, nad pięknem przyrody z jednoczesną świadomością przemijania. Czyli wszystko, nad czym teraz się zachwycamy, jest na tyle ulotne, że za chwilę tego nie będzie. I myślę, że Mono no aware jest jakąś tam osią przez moje najróżniejsze wystawy i stąd wziął się ten wybór fotografii. Doszłam także do wniosku, że skoro już mam was tu wszystkich, to grzechem byłoby nie opowiedzieć czegoś więcej, już nie o sobie, ale o młodej sztuce współczesnej, na co zaproszę do drugiej sali”. Nim jednak opowieść nastąpiła, Lidia Szkaradnik poprosiła przedstawicieli władz miasta w osobach wiceburmistrz Jolanty Krajewskiej – Gojny oraz przewodniczącego Rady Miasta Artura Kluza, o wręczenie artystce Dorocznej Nagrody Burmistrza za 2015 r. za osiągnięcia w dziedzinie twórczości artystycznej, upowszechniania i ochrony kultury. „Pani osiągnięcia artystyczne w dziedzinie sztuki intermedialnej na przestrzeni ostatnich lat są imponujące. Liczne wystawy indywidualne i zbiorowe w kraju i za granicą, udział w międzynarodowych konkursach, publikacje w branżowej prasie świadczą o ogromnym talencie i zaangażowaniu w rozwój sztuki współczesnej” – gratulowała J. Krajewska – Gojny. Po wysłuchaniu kolejnych utworów w interpretacji ustrońskiej wokalistki oraz chwilach przeznaczonych na kontemplację wystawy dyrektor Muzeum wręczyła U. Kluz – Knopek niezwykły upominek: „Ula powiedziała, że marzy o sztwiertkach na masło, ponieważ jest nastawiona tylko na zdrową żywność i robi sobie sama masło. A że jej tata też chciał mieć sztwierkę, artystka otrzymuje w prezencie od Muzeum dwie współcześnie wykonane formy na masło”. Po przejściu do kolejnej z sal zgromadzeni goście mieli okazję wysłuchać opowieści bohaterki spotkania na temat sztuki współczesnej. Po uzyskaniu dyplomu oraz pierwszym zjeździe na studiach doktoranckich artystka postanowiła zrobić coś dla innych studentów, skonsolidować środowiska różnych uczelni, pomóc młodym ludziom wystartować w dziedzinie sztuki współczesnej. Wymyśliła więc z koleżanką magazyn artystyczno – naukowy, który mówiłby o sztuce współczesnej. Założeniem artystek było, aby każdy temat magazynu reprezentował  zupełnie inną dziedzinę, a kuratorem przedsięwzięcia albo autorem tekstu wprowadzającego został jeden z ważniejszych kuratorów z Polski, aby pomóc młodym artystom. „Pismo z założenia działa na zasadzie open call, my dajemy temat, ludzie mogą do nas pisać, my wybieramy prace i coś z nimi dalej robimy. Ważną rzeczą była dystrybucja tego magazynu, ponieważ chodziło o to, żeby wysłać go do najważniejszych ludzi zajmujących się kulturą w Polsce. To, co państwo widzą na załączonym obrazku, to pierwszy numer naszego magazynu, a konkretnie to, co się dzieje z mrówką na prezentowanym filmie. Pierwszy numer magazynu poświęcony jest maczużnikowi. Jest to rodzaj grzyba, który infekuje tylko ten gatunek, który zdobywa dominację na danym terenie. Atakuje on w ten sposób, iż wpuszcza zarodniki np. w mrówkę. Wówczas mrówka ze zwierzęcia stadnego staje się samotnikiem, czyli kompletnie zmienia swój charakter. Żyje sobie przez jakiś czas jako mrówka poza swoim stadem, aż w pewnym momencie wychodzi na najwyższa gałąź, która jest akurat dostępna i tam żuwaczkami przyczepia się do niej, po czym obumiera. To, co z niej wyrasta, to maczużnik, który tworzy przepiękne, najróżniejsze kształty, jest bardzo malowniczy. Z jednej strony maczużnik jest jakby postacią z horroru, zabija wszystko co się da, co dominuje, jest to dość okrutne, ale tylko dzięki temu w tej najmniejszej przyrodzie mamy równowagę. Można kupić maczużnika, który jest między innymi lekarstwem na raka i na odtruwanie organizmu. Jest więc to bardzo interesujący grzyb, a i problematyka całości jest niesamowita. W czasach, gdy przyrost ludzkości jest tak ogromny, że za kilka lat wyczerpiemy wszystkie zasoby naturalne naszej ziemi, przez to, jak bardzo nasza kultura się zmieniła w ciągu ostatnich 50 lat, jak bardzo jesteśmy przytłoczeni informacjami, których nasz mózg tak naprawdę nie potrafi przetworzyć, akurat ten maczużnik wydawał nam się bardzo interesującym symbolem i świetnym tematem dla młodych artystów, aby zastanowili się, co się tak naprawdę teraz wokół nas dzieje. Rozdam państwu część magazynów, po czym chciałabym pokazać kilka prac, które powstały z myślą o maczużniku. Ciekawą młodą artystką jest Justyna Olszewska, która prywatnie utrzymuje się z pieczenia ciast, jest znaną blogerką kulinarną. Justyna w swej sztuce użyła codziennego narzędzia pracy, czyli ciasta drożdżowego, pozwoliła, aby się ocieplało i rosło na jej ciele jak ten maczużnik. Czyli to, dzięki czemu ona musi się utrzymać, chociaż jako artystka wolałaby robić coś innego, ją zżera. Ciasto drożdżowe, gdy rośnie, robi się ciepłe, więc artystka praktycznie piekła się pod nim. Z kolei Damian Reniszyn wykonał najróżniejsze rzeźby z afrykańskiego drewna, protezy ciała, które wewnątrz są odpowiednie dla ludzkich kończyn. Rzeźby te zawładnęły jego ciałem, ludzie zgromadzeni na wernisażu mogli wkładać w nie ręce, głowę i przechadzać się po całej sali. Ciekawi artyści podejmują wątek natury, która jest tak mocno przetworzona przecz człowieka, że nie do końca jest w stanie funkcjonować sama w sobie. Konrad Juściński tworzy niezwykłe prace z dmuchawców. Sławomir i Ewa Obst budują w swoim domu najróżniejsze makiety lasów i elementów przyrody, która jest taka bardzo bajkowa. Oni żyją wśród swoich makiet i robią ich fotografie. Patrycja Dołowy – artystka, dramaturg i reżyser pochodzi z Warszawy. W tamtejszych okolicach dziewczynki na wsi bawiły się w „widoczki”, kopały dziurki w ziemi i ukrywały tam najróżniejsze, cenne dla nich skarby, przykrywane szybką. Były to tajemnice, które nie każdy mógł ujrzeć. Patrycja, jeżdżąc po najróżniejszych miejscach Polski, zbiera historie ludzi, fotografie osób z którymi rozmawia, a tu widzimy gipsowy odlew kawałka ciała, zaś na nim jest odbitka fotograficzna. Patrycja to faktycznie zakopuje w najróżniejszych miejscach. Tutaj maczużnika możemy interpretować jako infekowanie miasta pamięcią ludzi, którzy tworzą to miasto. (…) Ciekawą rzeczą jest historia prezentowanej teraz fotografii, na tym zdjęciu widać prześwietlenie i błąd wywołania, a prawda jest taka, że jest to fotografia babci Michała Bugalskiego, autora tego zdjęcia, która właśnie w tym momencie umierała. Po wywołaniu filmu wnuk zobaczył, że coś się stało dziwnego z kliszą, to nie była jego świadoma manipulacja. Najmłodsi artyści, tacy jak Karol Szczur, są najbardziej przytłoczeni brakiem duchowości, która jest zastąpiona przez chęć pochłaniania, posiadania coraz więcej wszystkiego. Im więcej mamy, tym więcej chcemy. Kolejna praca,  autorstwa Pauliny Stasik,  mówi bardziej w kontekście kobiecości, o tym, że kobieta staje się tak bardzo obiektem seksualnym, że nie ma już swojej tożsamości. Kobiety w twórczości Pauliny nie mają twarzy, tylko niesamowicie seksowne, wyzywające nogi oraz śluz, który się z nich toczy. Ostatnią pracą z tej serii jest instalacja Joanny Malinowskiej, która jest filozofem i to, co ją szczególnie interesuje, to inna norma, wykluczenia społeczne. W bajkowym świecie dzieci nie ma miejsca na coś, co jest brzydkie, niepełnosprawne, inne od kanonu, który my oglądamy, przyswajamy. Jej praca dotyczy wykluczenia tych osób, stworzyła zatem pokoik dziecięcy, w którym wszystkie rzeczy są trochę inne, ułomne, królewna Śnieżka nie ma nóg, wszystko tu różni się od standardu, który do nas dociera. Z kolei praca Pawła Matyszewskiego nawiązuje do polskości, narodowości, która jest tak naprawdę niesamowitym ograniczeniem, przestawia on flagę z zębami, która pożera swoich obywateli, bierze, a nie do końca być może daje (..)”. Artystka przybliżyła sylwetki jeszcze wielu młodych artystów, w ciekawy sposób prezentując liczne fotografie z wystaw oraz zamysły ich autorów. Temat przewodni nowego numeru magazynu jest z pozoru zaskakujący. „To jest pies”– mówi U. Kluz – Knopek, wskazując na animację na ekranie. „To były psiaki Cannis Vertigus, które niegdyś pracowały przy rożnach, czyli kręcąc się poruszały rożnem przez cały tydzień, dzięki czemu mięsko było idealnie wypieczone. Ważną rzeczą jest, iż pieski były brzydkie, w związku z czym nie dało się ich nigdzie pokazać, dlatego w niedzielę grzały stopy ludziom w ławkach kościelnym. Pieski istniały tak długo, jak długo były potrzebne, w momencie, gdy na początku XX w. rożna stały się mechaniczne, psów nikt nie potrzebował do pracy, stąd wyginęły i dziś ich nie ma. Kolejny numer Woof, woof, arf, arf! jest o tym, że istniejemy jak długo, jak jesteśmy potrzebni i to w drugą stronę nie działa. A piesek mówi nam ogólnie o naszym podejściu do zwierząt, o tym, jak bardzo wykorzystujemy zwierzęta czy przyrodę, nie do końca je szanując, lub szanując tak długo, jak długo są potrzebne. Analogicznie temat ten skłania do przemyśleń, jak bardzo jesteśmy przywiązani do ludzi, którzy są nam potrzebni i co się później z nimi dzieje”. Przybliżone przez artystkę wątki były bardzo poruszające, przybliżające głębokie przemyślenia i niezwykłą wrażliwość młodych twórców sztuki współczesnej. Ekspozycja prac Urszuli Kluz – Knopek w Muzeum Ustrońskim czynna będzie do 17 kwietnia. Serdecznie zapraszamy!                                                                  (tekst: A.M., zdjęcia: Grzegorz Kubień)

 

KOCHAM JEŚĆ – NIEZWYKŁE SPOTKANIE Z REMIGIUSZEM CIUPKIEM

Dodano w Aktualności dnia Luty 15th, 2016 przez Administrator – Brak komentarzy

      W sobotę, 13 lutego, odbyło się w naszym Muzeum bardzo ciekawe spotkanie prozdrowotne z REMIGIUSZEM CIUPKIEM – mieszkańcem Ustronia, sportowcem, trenerem personalnym, bohaterem cyklu „Odważ(e)ni” w TVN, który dzięki swojej determinacji zrzucił 65 kg. Prelegent urzekł publiczność swoim darem oratorskim, dużą dawką humoru oraz jeszcze większą dawką pozytywnej energii tak potrzebnej na wiosnę oraz zainspirował do zdrowego odżywiania i aktywnego trybu życia. Spotkanie było starannie przygotowane. Na początku Remigiusz opowiedział o sobie, o niezdrowym trybie życia jaki niegdyś prowadził, zaprezentował także zdjęcia,  na których ważył 140 kg i był uzależniony od fastfoodów oraz chipsów. Mogliśmy także poznać bohatera spotkania jako sportowca z dużymi osiągnięciami – niegdyś w trójboju siłowym, obecnie – w kolarstwie, ponieważ grupa MTB Racing Team w której działa odnosi coraz większe sukcesy. Następnie przyszedł czas na opowieść o przygodzie z telewizją i cyklem „Odważ(e)ni”. Zebrani z wielkim zainteresowaniem obejrzeli filmy przedstawiające wizytę u Remigiusza ekipy telewizyjnej z przebojową Dominiką Gwint na czele oraz sympatyczne spotkanie w studiu „Dzień dobry TVN”, w którym wystąpił wraz ze swoją dziewczyną Kasią. Gdy o niezwykłym sukcesie Remka dowiedziała się cała Polska, stał się człowiekiem rozchwytywanym. Po występie w TVN posypały się przemiłe telefony i smsy oraz propozycje współpracy. Dziś nasz bohater, absolwent prestiżowego kursu trenera personalnego w Body Shape Akademy w Katowicach, jest bardzo popularnym trenerem. Na zajęciach prowadzonych przez niego sale pękają w szwach, ludzie chcą pracować i zmieniać swoje życie. Działa w kilku klubach fitness, głównie w Bielsku – Białej, na co musi znaleźć czas po pracy zawodowej w Urzędzie Miasta w Cieszynie.
       Publiczność z zapartym tchem czekała na tajemnice dotyczące diety Remigiusza, którymi chętnie się podzielił, wykorzystując do tego prezentację zdjęć. Trener wykluczył z jadłospisu 5 produktów. Pierwszym z nich jest wieprzowina (ponieważ świnka je wszystko, szczególnie modyfikowaną paszę), zwrócił także uwagę na tak przez nas lubiane łososie norweskie, które są karmione sztuczną mączką i dlatego tak szybko rosną. Drugim produktem na liście jest pszenica, która w dzisiejszych czasach jest tak modyfikowana genetycznie, że nasz układ pokarmowy nie radzi sobie z jej trawieniem, a bardzo duża część społeczeństwa jest uczulona na gluten. Remek zwierzył się zebranym, iż jedząc białą bułkę w poniedziałek jej skutki odczuwał jeszcze w środę i czwartek, a były to bóle głowy, nudności, złe samopoczucie. Poleca wykonanie testu na nietolerancję glutenu, po odstawieniu którego po 2-3 miesiącach odczuwa się poprawę. Z kolei zawarta w produktach mlecznych laktoza i kazeina również nam nie służą, Remek po ich wyeliminowaniu w 2 tygodnie bardzo mocno stracił na wadze, a jego zdaniem wapń zawarty w mleku mogą dostarczyć nam równie dobrze migdały czy nasiona chia. Jego kuchnia nie zawiera soli (tylko wyjątkowo odrobinę soli himalajskiej). Piąty na czarnej liście jest biały cukier. Zaznacza jednak, iż od czasu do czasu, gdy ktoś  zaprosi go na domową potrawę, która zawiera któryś z zakazanych produktów, robi odstępstwo od reguły. Remigiusz przyznaje, że dzięki zdrowej kuchni od lat nie odwiedza aptek, nie choruje, nie kupuje produktów, które zawierają powyżej 5 składników oraz nie wybiera zbyt pięknie i dorodnie wyglądających warzyw. Przyznaje, że czasem tęskni za napojami gazowymi typu cola, zawierającymi groźny dla zdrowia aspartam (który znajduje się również np. w gumie do żucia), ale rekompensuje sobie ich brak wypijając dziennie 2-3 litry wody z cytryną wzbogaconej odrobiną miodu, miętą, limonką. Poleca dobrą, gorzką czekoladę, która pomaga w odchudzaniu, spirulinę – bogate źródło białka, aminokwasów, witamin z grupy B oraz wielu innych cennych składników, stawia na przyprawy wspomagające odchudzanie, takie jak cynamon, pieprz czarny, kurkuma, kardamon, chili i imbir. Smaży na gęsim smalcu i nierafinowanym oleju kokosowym. Nasz bohater twierdzi, iż warto się przełamać i przezwyciężyć opory oraz wymówki typu „nie mam czasu”, „nie potrafię”, „nie poradzę sobie z tym”. Wszystko zależy od dobrej organizacji swojego czasu. Spotkanie w Muzeum było dla niego swego rodzaju podsumowaniem tych 5 lat, w czasie których został zupełnie innym człowiekiem i odniósł ogromny sukces. Zwieńczeniem imprezy był poczęstunek, na który składała się osławiona już woda z cytryną oraz wyborna szarlotka, wykonana przez prelegenta , która błyskawicznie znikła ze stołów. Jej autor zdradził tajemny przepis na tę najpyszniejszą (i najmniej kaloryczną) szarlotkę na świecie:)

Zagniatamy ciasto z następujących składników: 1,5 szklanki mąki (mieszanka orkiszowej, jaglanej, sojowej), 2 łyżki ksylitolu, 3 łyżki wody, 25 g masła, 2 łyżki oleju kokosowego. Wyrabiamy ciasto, którego cienka warstwa wystarczy na przeciętnej wielkości blachę. Na górę kroimy ćwiartki jabłka, które smarujemy odrobiną naturalnego dżemu morelowego do smaku, 2 łyżkami miodu lipowego oraz posypujemy sporą ilością cynamonu.

 

Patchworkowy zawrót głowy! Zapraszamy na nową, kolorową wystawę czasową:)

Dodano w Aktualności dnia Luty 8th, 2016 przez Administrator – Brak komentarzy

         Zapraszamy na nową, niezwykle kolorową wystawę czasową, której głównymi bohaterami są kompozycje patchworkowe! Autorkami prac są dwie niezwykle utalentowane twórczynie – ANNA STRYGNER Z USTRONIA ORAZ GRAŻYNA HURNY Z PSZCZYNY. Tak pani Ania, emerytowana nauczycielka SP 1 w Ustroniu opowiada o sobie: Zawsze lubiłam robótki ręczne – umiem robić na drutach, szydełkować, haftować itd., ale największą przyjemność sprawia mi szycie. Szyłam ubranka dla lalek, potem ubrania dla siebie, dzieci i różne rzeczy na potrzeby domu. Wiele się zmieniło kiedy przeszłam na emeryturę i kiedy zostałam babcią. Szukając pomysłów na kołderkę dla Dominika odkryłam ogromne bogactwo wzorów w internecie – dopiero wtedy poznałam słowa Patchwork i Quilt. Wtedy też trafiłam na stronę „Kołderka za jeden uśmiech” – w lutym 2009 r. dołączyłam do tego projektu. To kontakt z Kołderkowymi Cioteczkami rozwinął we mnie pasję do szycia – poznałam cudowne kobiety i przy okazji wiele się od nich nauczyłam. Uczyłam się szycia na Singerce – takiej z pedałami, później dostałam walizkowego Łucznika, teraz mam maszynę firmy JANOME – żadne cudo, ale ułatwia szycie – a wiele rzeczy i tak wykańczam ręcznie. Kocham szycie, uwielbiam szyć, mam masę pomysłów i nie lubię powielać wzorów. Te i inne moje prace można oglądać na moim profilu na Facebooku

           A tak opisuje swoją pasję pani Grażyna, również emerytka, mistrzyni patchworku: „Szycie było i jest moim hobby od zawsze. W 2007 r. znalazłam w internecie forum projektu „Kołderka za jeden uśmiech” – to akcja zajmująca się szyciem kołderek przytulanek dla dzieci chorych i niepełnosprawnych. Od tego momentu czynnie uczestniczę w projekcie szyjąc kołderki dla dzieci. Spotykając się z innymi uczestniczkami tej akcji zgłębiałam tajniki szycia patchworków i cały czas uczę się poprzez warsztaty, literaturę i informacje zasięgnięte z internetu. Patchworki pochodzą z Ameryki i tam są bardzo cenione i modne. U nas jest to dziedzina w miarę nowa. Moje patchworki szyte są w przeważającej mierze z materiałów bawełnianych, a w środku wypełnione są poliestrową ociepliną. Mają różne wielkości od obrusów i kołderek dla dzieci do dużych narzut na łóżka.”  Pani Grażyna swoje patchworki pokazywała na wystawach w Czechach i w Niemczech, a obecnie na pierwszej wystawie patchworku w Polsce w Szczecinie. W muzeum prezentujemy tylko mały ułamek jej ogromnego dorobku. Zdjęcia większości prac można zobaczyć  w galerii  Picassa oraz na jej profilu na Facebooku. Dodajmy jeszcze, że w ramach projektu „Kołderka za jeden uśmiech” Pani Grażyna Hurny uszyła około 50 kołderek dla dzieci z całej Polski.

DSCF6804


Highslide for Wordpress Plugin